Rush - Permanent Waves (1980) - recenzja

 



Zawsze miałem jakiś sentyment do płyt wydanych w 1980 roku. Często poświęcałem im sporo czasu, bywało że nawet więcej niż na to zasługiwały. Dzięki temu kilka albumów trafiło do mego serca, mimo że na to się nie zanosiło. Jednak były i takie, które bezpowrotnie przepaliły cenne minuty. Zaś atencja im poświęcona niczego nie wygładziła, a dokładniejsze poznanie nie wpłynęło na miałkie wrażenie wywołane pierwszymi odsłuchami.

Zapewne część z Was zastanawia się dlaczego akurat 1980 ma być uprzywilejowany?

Odpowiedź jest prosta i nie mająca nic z wiedzy tajemnej – jest to rok moich urodzin.

I poważnie zastanawiam się, czy nie poświęcić specjalnego kącika płytom z tego roku.



Rzućmy zatem na tapetę jednego z reprezentantów 1980 – Permanent Waves, grupy Rush.

Jest to zespół, który zaczął od heavy rocka, przetoczył się po łebkach korzennego art-rocka, by w końcu osiąść na dobre w artystycznej szufladce, którą sam sobie wykreował. Mocno upraszczając, jest to pewnego rodzaju melodyjne połączenie art&heavy (ale proszę w żadnym wypadku nie utożsamiać tego z prog-metalem!). Recenzowany album jest punktem startowym krystalizującego się wtedy ich stylu.

Przekonajmy się co oferuje płyta i wskoczmy na tytułowe natrętne fale! Niech nas poniosą dźwięki zaklęte w tym krążku.

Spirit of Radio, na dobry początek. Melodyjne, nie pozbawione pazura granie i od razu cała paleta znaków szczególnych tria. Wysoki wokal Geddy’ego Lee – albo się to kocha, albo nienawidzi – obojętny nie przejdzie obok nikt. Lee też jest odpowiedzialny za charakterystyczne i skomplikowane partie basu. Jakby mało było, obsługuje syntezatory. Zarówno tradycyjne parapety, jak i basowe pedały – Człowiek Renesansu! Trio uzupełniają Alex Lifeson – gitary; oraz Neil Peart – szalony profesor rytmu.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że mnogość granych dźwięków może mylnie sugerować, że gra kwartet, albo i kwintet, a nie skromne trio. Dzieje się dużo.

Spirit of Radio przemyca nawet małe fragmenty reggae. Kawałek ten stał się jednym z koncertowych ulubieńców publiczności, grany był niemal na każdej kolejne trasie Kanadyjczyków.

Biedny słuchacz nie zdąży jeszcze ochłonąć a już dostaje kolejny, potężny i satysfakcjonujący strzał – Freewill. Piekielnie chwytliwe i przyjemnie ciężkie. 

W kontrze do mocnego rozpoczęcia, spokojnie zaczyna się Jacob’s Ladder. Nieco posępnie, odrobinę ponuro, kreując w słuchaczu uczucie jakiejś miłej niepewności i zawieszenia. Po chwili całość nabiera wigoru i siły, aby z impetem sunącego buldożera, ryć nasze zwoje mózgowe. Ależ to ma siłę! Profesor (Peart) łamie rytmy, Lee błyszczy w partiach basu i syntezatorów, Lifeson nie odbiega od nich poziomem i zaangażowaniem. Pojawiają się dzwony rurowe, jakieś dzwoneczki. Syntezator prowadzi melodyjną opowieść. By przejść w podniosły i monumentalny finał.

Kolejna dygresja. Wiecie za co lubię Rush? Za to, że całe bogactwo różnych stylów, emocji, cały ten roller-coaster typowy dla art-rocka, potrafili (od czasów omawianego albumu) zamykać w stosunkowo krótkich kompozycjach. Drabina Jakubowa ma zaledwie ok. 7:30.

Do Drabiny podobny w formie jest Natural Science, który zamyka album. Wielowątkowy, różnorodny, skrzący się feerią najróżniejszych barw. Otwiera go akustyczno-folkowy fragment, który po chwili zmienia się w obłąkany, ciężki i szalony traktat dźwiękowy. Całość pędzi na zatracenie. Instrumenty toczą masywne bitwy na solówki.

Ale zaraz, zaraz. Są jeszcze Entre Nous oraz Different Ways. Pierwszy nie odstaje klimatem od dwóch utworów opisanych na początku recenzji. Jest może nieco wolniejszy, ale równie wprawnie napisany i przykuwający uwagę. Different Ways to z kolei najspokojniejszy utwór na płycie. Akustyczne gitary, rozmarzony, leniwy klimat. Tak. Musieli to zrobić z pełną premedytacją. Celowe uspokojenie przed finałowym uderzeniem – wspomnianym już – Natural Science. Inteligentna i skuteczna zagrywka. Z matematyczną precyzją pozwoliło to odpowiednio rozłożyć środek ciężkości i utrzymać napięcie aż do końca.


Reasumując, jeśli zdecyduję się na cykl 1980 roku, to Permanent Waves będzie zacnym jego otwarciem.

Recenzję pisałem odsłuchując w pierwszej kolejności remasterowaną wersji CD. Brzmi dobrze. Ale kiedy mamy punkt odniesienia w postaci winyla z 1980 roku. Okazuje się, że jednak czarna płyta króluje. Brzmi przyjaźniej, głębiej, bardziej dynamicznie.

Myśl na koniec: Rush się i posłuchaj tej płyty!

Ocena: 5,5/6

PS Tak, wiem, wiatrak na zdjęciu wyłączony, a jakoś kieckę poderwał kobicie ;)



CD – 1980 Mercury Records/Anthem - The Rush Remasters – brak informacji o roku wydania CD

Kod EAN: 31453 46302

Winyl – 1980, Mercury


Komentarze