Steve Kuhn - Trance (1975), ECM - recenzja

 



Steve Kuhn to amerykański pianista wywodzący się z kręgów awangardy. W połowie lat 70 jego droga skrzyżowała się ze szlakiem obranym przez ECM. Współpraca zaowocowała kilkoma albumami, a jednym z nich jest wydany w 1974 roku Trance.

Steve’owi, który gra na fortepianie, oraz elektronicznym pianinie towarzyszą:
  • Steve Swallow – na elektrycznym kontrabasie;
  • Jack DeJohnette – nadworny perkusista ECM; oraz
  • Sue Evans – na perkusjonaliach;
Na płycie znajduje się osiem utworów. Autorem wszystkich jest Steve Kuhn, we własnej osobie. Czy jego awangardowe korzenie odcisnęły piętno na albumie sygnowanym nazwą Trance? W pewnym stopniu – tak. Jednak nie do końca w oczywisty sposób. Bo czystej, muzycznej awangardy znajdzie się tu trochę. Jednak otwarte i niestandardowe podejście Kuhna do muzyki, odcisnęło również piętno na samym albumie – jest on bardzo różnorodny i niepomiernie eklektyczny – upakowany różnymi gatunkami do granic możliwości. Słuchanie Trance zapewnia pełen kalejdoskop wrażeń, dlatego też przy pierwszych odsłuchach ten sznyt czystej niejednoznaczności może nieco przeszkadzać, lub przynajmniej mocno zaskakiwać.

Album otwiera utwór tytułowy – Trance. Jego muzyczna zawartość wprost idealnie koresponduje z jego nazwą. Hipnotyzująca ścieżka elektrycznego kontrabasu, liryczna partia na fortepianie Khuna (mam wrażenie, że gra w tak leciutki i zwiewny sposób, że zaledwie muska klawisze instrumentu) oraz kolorystyczna gra muzyków obsługujących perkusjonalia. Kołysze, buja, zrywa nici trzymające naszą wyobraźnię w przyziemnych ryzach… fenomenalne otwarcie. A chwilę po nim gorące, rozwibrowane, zagrane z nerwem i zębem A Change of Face. Tu już mamy dynamiczny drive, elektryczny fortepian, dużą dynamikę – a wszystko to pod delikatnym welonem latynoskich rytmów. Czuć tu ducha Chicka Corea oraz jego debiutu RTF.

Kolejne dwa utwory (Squirt, The Sandhouse) to już awangarda w czystej postaci. Spadamy w otchłań dysonansów i eksperymentalnego free, zanurzonego w jakimś mrocznym niepokoju. Na szczególną uwagę zasługuje napięcie budowane pod koniec The Sandhouse, którego kulminacja jest niezmiernie pomysłowa.

Po eksperymentach czas odrobinę zbastować. Something Everywhere, obok zabawnego tytułu zawiera radosne i optymistyczne dźwięki, które porywają do tańca. Nieprawdopodobnie bujający bas Swallowa (brawa!) Tytułowe, nieokreślone Everywhere wg mnie mocno się jednak ogniskuje na Hiszpanii i Portugalii. Silver to frapujące połączenie elementów awangardy z ujmującą, lekką, sentymentalną, czy też wręcz słowiańską partią fortepianu. Szkoda, że niewiele dobrego można napisać o kolejnej kompozycji – The Young Blade. OK – mocne rozpoczęcie (utrzymane w klimacie latino-funk-pop) jest mocno chwytliwe, ale później ta kompozycja traci swój wyraz. Jakby była rozrywana w każdym kierunku. Trochę to wygląda, że Swallow sobie, Kuhn sobie i tak dalej. Chcę jasno podkreślić – nie jest to jakiś koszmarek, ale jest to zdecydowanie najsłabsza propozycja na Trance. Brak jej jakiegoś nadrzędnego pomysłu.

Zamykające całość Life’s Backward Glance – może na początku skonfundować. No tak… jeszcze tylko recytacji wiersza brakowało w tej gęstej zupie. Ale da się to ścierpieć, bo w dalszej części kompozycja wynagradza ten wybryk atmosferycznym, bogato brzmiącym zamknięciem (z niemal symfonicznym rozmachem).

Jaką miał Steve Kuhn artystyczną wizję, komponując utwory na tę płytę? Być może żadnej, być może chciał przedstawić brawurowe i trudne momenty w towarzystwie tych bardziej przystępnych? A może po prostu tak wyszło.

Brzmienie typowe dla tego wydawnictwa – klarowne, miłe, jak niemal zawsze olśniewające. Rozmieszczenie instrumentów – bardzo dobre.


Myśl na koniec: Jeśli komuś nie chciało się czytać, a dziwnym trafem zbłądził do tego wersu – to bez zbędnej egzaltacji i króciutko – kolejny bardzo dobry album od ECM.

Ocena: 5/6

PS Tym razem tylko zdjęcie Steve’a z wewnętrznej części okładki.



2019 (oryginalnie 1975) ECM Records

Kod EAN: 02567 43485

Komentarze