John Coltrane - Impressions (1963) - recenzja



 Ciężko tu od czegokolwiek zacząć… wystartujmy zatem od najprostszych faktów. Album Impressions wydany został w 1963 roku – kropka.

Tyle jeśli chodzi o łatwe do okiełznania aspekty.

Bo czy to studyjna płyta? A może koncertowa? To swego rodzaju konglomerat albo jakiś kompozyt. Wydawnictwo typu pół na pół. Dwa utwory to live (1961), a dwa studio (1962 i 63). Oczywiście dla zmącenia przejrzystości – umieszczone naprzemiennie.

Jak sprawa ma się ze składem? Co najmniej równie niepospolicie. Bo niby mamy tu klasyczny kwartet Johna, czyli:

  • John Coltrane – saksofony (tenor i sopran);

  • McCoy Tyner – pianino;

  • Jimmy Garrison – kontrabas;

  • Elvin Jones – perkusja;

Ale pojawiają się również:

  • Eric Dolphy – klarnet basowy, saksofon altowy;

  • Reggie Workman – kontrabas;

  • Roy Haynes – perkusja;


Rozpoczynająca, koncertowa India, wita nas dwoma kontrabasami! Każdy w oddzielnym kanale. No pięknie! Zawsze lubię takie niestandardowe zagrywki i dziwaczne składy. Jest gęsto i masywnie, basy sączą się z głośników kapiąc na nasze bezbronne uszy. Tyner trochę schowany w tle, Jones jak zwykle w wirtuozerski sposób spinający całość. Właściwie jeszcze przed głównym motywem, jakby nie mogący się doczekać Coltrane, wyskakuje z mini solówką (kanał lewy), która stanowi idealne wprowadzenie w kompozycję. W kilkanaście sekund przedstawia skrót, ściągę – tego czego doświadczymy. Po chwili pojawia się główny motyw, a w prawym kanale witamy Erica Dolphy grającego na klarnecie basowym. Od tego momentu zaczyna się jazda bez trzymanki. Dynamiczne, niczym nieskrępowane jazzowe święto. John w tych koncertowych nagraniach pochodzących z 1961 roku, momentami już odlatuje w stronę free. Jakby zaznaczając to w czym będzie się doktoryzował w przyszłości. Ogień, iskry – wypruwa emocje z najgłębszych zakamarków swojej duszy. Tyner wciąż schowany, właściwie ledwo zauważalny – może takie było założenie przy tej rozszerzonej sekcji rytmicznej? W szranki z liderem staje Dolphy (kolejny muzyk, który zdecydowanie za wcześnie opuścił ziemski padół). Nie ustępuje Coltrane’owi – wg mnie to ten sam, abstrakcyjnie wysoki, poziom. Techniczne karkołomy. Wydaje się, że mamy bezpośrednie nawiązanie do tytułu – Eric w pewnym momencie wydobywa dźwięki do złudzenia przypominające trąbienie słoni (ma się rozumieć – indyjskich:). Wszystko podane to jest w tempie absolutnie nieprawdopodobnym. Zagrane z prędkością eliminującą jakiekolwiek ale… Po zakończeniu, słuchacz zostaje z burzą, którą w mózgu wywołali muzycy. Z piorunami emocji. Z szeroko rozwartą szczęką. Z wibrującym pytaniem – jak można grać na tak astronomicznym poziomie!

Można zadać pytanie – wchodząc w rejony okołosportowe – czy po takim szaleńczym otwarciu, zespół zdoła utrzymać kondycję do końca? I już pierwsze dźwięki Up ‘Gainst the Wall sugerują, że może być różnie. Przede wszystkim w uszy rzuca się inne brzmienie. Bardziej matowe. Ułożenie w przestrzeni instrumentów jest inne, a wręcz myszkuje – sam bas w pewnym momencie z lekkiego uwypuklenia na prawy kanał, przechodzi w nieznaczną dominację w lewym. Nie raz spotkałem się z brakiem stabilności brzmienia na danym albumie. W tym przypadku jednak jest to dosyć irytujące. Sama kompozycja wypada blado przy Indii. Nie jest zła, ale jak na Johna – przeciętna.

Dalej tytułowe Impressions, wracamy na koncert. Po krótkim oddechu tempo znów radykalnie wzrasta. Brzmienie też się klaruje. Co prawda niekonsekwencje w nasileniu i umiejscowieniu instrumentów dalej występują (a jest i moment kiedy sax Coltrane’a wręcz zanika), ale przy tak dynamicznej kompozycji wydaje się to być jakoś mniej odczuwalne. Impressions? Wrażenia? Kwadrans wypełniony do granic bezkompromisowym ugniataniem powietrza. Lub inaczej – 15 minutowa solówka Johna, który gra jak w transie. Tyner tylko w roli małego listka figowego, w motywie otwierającym i zamykającym kompozycje. Już jako zaledwie miętowy opłatek po sutym posiłku – parę dźwięków Erica Dolphy (tym razem alt), który zamyka w ten sposób koncertową część wydawnictwa.

After The Rain – po deszczu wrażeń – przychodzi całkowite uspokojenie i bezgraniczny relaks. Łagodne pożegnanie z niekonsekwentną, ale i niebanalną płytą (jest w końcu i Haynes).


Płyta niespójna. W sferze muzycznej (kompozycje) ta nieprzejrzystość jest jak najbardziej do zaakceptowania, jednak z punktu widzenia brzmienia – trochę irytuje. Oczywiście odsłuch na głośnikach (a nie słuchawkach) będzie w pewien sposób wygładzał te niedociągnięcia – dlatego polecam tę formę słuchania – pytanie tylko, czy pozostali domownicy wykażą się odpowiednią tolerancją?


Myśl na koniec: Takie trochę melodyjne free.

Ocena: 5/6

PS Wiem, że taka była wtedy konwencja, ale okładki większości jazzowych płyt z lat 50/60 zdobią oklepane zdjęcia typu – rura z panem (trawestując Kraszana ze Zmienników:) – szkoda.



2008 (oryginalnie 1963) The Verve Music Group/Impulse!

Kod EAN: 02517 64899


 

Komentarze

  1. Nagrania koncertowe to mistrzostwo. Nawet na tle ówczesnego jazzu zwracają uwagę ogromną kreatywnością i wirtuozerią. Ale cały album... Brzmi trochę tak, jakby wrzucono to, co akurat było pod ręką, bo wydawca naciska na kolejne wydawnictwo. Lepiej zaopatrzyć się w płytę o tytule "Live at the Village Vanguard: The Master Takes". Składa się z trzech utworów oryginalnie wydanych jako "Live at the Village Vanguard" w 1962 roku oraz tych dwóch koncertowych nagrań z "Impressions". Cały materiał pochodzi z tej samej serii koncertów, więc nie ma różnic w brzmieniu, a wykonanie stoi na bardzo równym poziomie. A jak ktoś ma mnóstwo czasu na słuchanie muzyki, to jest też wielopłytowy boks "The Complete 1961 Village Vanguard Recordings" z kompletem nagrań z tych występów (w tym pięcioma wyżej wspomnianymi).

    Fajnie, że piszesz o takiej muzyce. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za informację. Nie znałem dwóch wydawnictw, które wspomniałeś, ale mam Live at the Village Vanguard. Nie ukrywam też, że swego czasu na Twoim blogu przeczytałem od deski do deski m.in. Coltrane'a i Davisa.
      Mimo, że z jazzem zacząłem przygodę bardzo dawno, to słuchałem raczej z doskoku na zasadzie, coś innego dla urozmaicenia. Pokochałem ten gatunek tak na dobre dopiero kilka lat temu. A od zeszłego roku zasłuchuję się w ECM, który kiedyś był dla mnie kwintesencją grania do kotleta ;)

      Polecanych przez Ciebie wydawnictw (szczególnie The Complete 1961) poszukam na streamie. Właśnie dla takich perełek, albo dla trudno dostępnych płyt utrzymuję wciąż stream. Choć już kilka razy miałem rezygnować, a ze dwa razy nawet czasowo się to dokonało :)

      PS Miło mi, że zajrzałeś na blog, który jeszcze nie wyrósł z pieluch.

      Usuń

Prześlij komentarz